Kryzys wieku średniego – wieku niespełna 20 lat
styczeń 9, 2008
Jak to jest, że jako mieszkanka, chociaż określenie wychowanka było by w tym przypadku bardziej trafne, gdyż obecnie zostałam w pewien sposób przesiedlona poza trójmiasto do zabitej wiochy dechami, w które nic nie ma i ciężko z niej gdziekolwiek dojechać, ale do tematu.
Jak to jest, że jako wychowanka miasta (które może nie jest najzdrowszym środowiskiem, ale na pewno wystarczająco zdrowym dla mnie), w dodatku ośmielę się ośmielić na przyzwoitym poziomie zarówno kulturalnym jak i tym tyczącym się inteligencji, przechodzę kryzys wieku średniego pod koniec dziewiętnastego roku mojego skromnego życia??!
Gdzie moja siła witalna, radość ducha i młodzieńcza naiwność, jaką powinnam się teraz cieszyć? Otóż została ona zjedzona przez tą cholerną wiochę i środowisko, w którym się znajduję. Ilość spraw, które wiszą nade mną niczym topór najbardziej okropnego kata, zwiększa się z minuty na minutę, a świadomość, że wokół są tylko nędzne pola a portfel świeci pustkami, wcale tu nie pomaga.
Od trzech dni, próbuję przejść na tak zwany ‘chill out’, zostając w domu i odpoczywając, ale niestety moja ignorancja i pozytywy jakie ze sobą niosła, ulotniła się już gdzieś dawno, zostawiając same nerwy i problemy.
Smutno mi się robi i szlag mnie trafia kiedy nawet nie mogę w spokoju posłuchać muzyki, z dużym kubkiem czerwonej herbaty w dłoniach i w ciemnym pokoju, bo od razu mój mózg przechodzi na tryb awaryjny, przypominając o tym wszystkim, co w danej chwili powinnam robić a czego nie robię. To zaś powoduje dopalenie w systemie hormonalnym i miły relaks zamienia się w czystą histerię, która w żaden sposób nie przekłada się na coś co można by nazwać konstruktywnym.
W tym przypadku, postanawiam wyciągnąć cięższą artylerię i sięgam po jedną z wielu książek, które od dawna kurzą się obok mojego łóżka czekając na przeczytanie, ale nawet ta mała przyjemność nie pozwala na relaks i coś co kiedyś pochłaniało mnie bez litości teraz nie daje rady przeciwko wojskom przeciwpiechotnym, które prowadzą ostry reżim w mojej głowie.
Zrezygnowana zapalam światło i sięgam po czystą kartkę, żeby zrobić listę rzeczy do zrobienia, nie ukrywając, że kartka szybko albo wyląduje w koszu albo zawieruszy się gdzieś pomiędzy rysunkami i kawałkami innych kompletnie zbędnych notatek.
Dopijam herbatę, gaszę światło i wyłączam winampa, schodzę na dół. Robię sobie herbatę ignorując wszystko inne, skupiając się tylko i wyłącznie na parze, która wylatuje z elektrycznego czajnika.
Podejmuję ostatnią szansę, aby uratować jakąś resztkę relaksu i włączam telewizor, gdzie na którymś z programów Katarzyna Figura mówi mi, że największym szczęściem mojego życia będzie urodzenie dziecka.
Wyłączam telewizor.
~Martyna