50 minut po rozpoczęciu nowego dnia. Zamykam szkicownik; wyłączam płytę ze ‘Światem według Garpa.’ Przez cały film siedziałam ze szkicownikiem na kolanach, nie używałam go od trzech miesięcy. Dziś zagościł w nim Mr.Spock z oryginalnego Startreka, Roberta ze świata według Garpa i dwie anonimowe postacie, które zależnie od mojego humoru zyskają własną historię, albo i nie.
Powoli dochodzę do siebie, chociaż zapalenie gardła jeszcze próbuje ze mną walczyć, poczekam, w końcu wyzdrowieję.
Włączam komputer i otwieram fanfika ze Startreka, którego nie dokończyłam czytać. Przypadkowe niedokończone sprawy, wlatują do mojej głowy i dają o sobie znać. Żadna z nich nie jest ważna, ale może niektóre z nich powinnam zakończyć, albo nawet kontynuować. Jakby nie było jesteśmy tym co tworzymy, co przedstawiamy swoją pracą, wyglądem, ogólną prezencją.
Patrzę na statystyki swoich historii, znowu wzrosły, ale nikt nie zostawił opinii. Mam się cieszyć czy nie? Sama często czytam i nie komentuję. Obawiam się, że jak już to zrobię, to straci to sens, albo zabraknie mi odpowiednich słów.
W Outlooku znowu spam zapycha mi łączę, na gmailu nic nowego. Cieszę się, gdy coś tam jest. Potwierdzenie danego projektu, krótka opinia, emotikon, który mówi, że ktoś cieszy się z danej rzeczy. Życie, które toczy się w wirtualnej rzeczywistości, a które jest o wiele mniej fałszywe niż to na ulicach miast. Bez zbędnego przedstawiania się, nie trzeba się ujawniać (chociaż ja nie mam z tym problemu na większości forum), można od razu powiedzieć: „Hej, podoba mi się jak to przedstawiłaś.”

Bez kawy, rodzinnego obiadu czy oceny kosztu butów, które masz na sobie.

~Martyna

Decyzja została podjęta, kto miał o niej wiedzieć ten wie. Tak przynajmniej sądziłam jeszcze jakieś pięć minut temu.

Otóż okazuje się, że moja babcia jeszcze nie wiedziała i wciąż nie wie, bo jakoś nie zamierzam jej oświecać. Hmm, zabawne, powiedziałam dziadkowi i sądziłam, że w takim razie ona też wie. Cóż, prędzej czy później się zorientuje, jakoś nie czuję się zobowiązana, żeby jej powiedzieć.

No, ale do sedna sprawy. Studia zostały przeze mnie rzucone, okazuje się, że tą małą wojnę wygrała jednak moja brutalna niechęć do fizyki, może i lepiej. Wystarczyła ta jedna mała decyzja, żeby mój humor podniósł się z podłogi i nawet jeżeli podpierając się wciąż o ścianę, stanął jako tako na nogi. Cieszę się z tego powodu niezmiernie.

Co prawda nie jest to jakoś nie wiadomo jak entuzjastyczne biorąc pod uwagę kilka zarwanych nocy pod rząd i chorobę, która uczepiła się jak rzep i ani nie chce puścić, ani jakoś bardziej się rozwinąć, żeby szybciej minęła :/ Cóż, jak widać stres robi z ludźmi dziwne rzeczy.

~Martyna

Możliwe jest, że być może istnieje jakaś nadzieja dla ludzkości. Zwykłe doładowanie biletu we własne urodziny może skończyć się niespodziewanymi życzeniami i darmowym kubkiem na kawę lub herbatę, zjedzenie sernika na zimno na śniadanie, ze świeczkami w stylu Bob Budowniczy, także nie jest złe.

:D

Miły akcent, na trochę dołującą okoliczność - Dwadzieścia lat, a wciąż żadnych większych osiągnięć. Cóż, może teraz będzie chociaż trudniej wymyślać wymówki na różne problemy.

Kolejny rok przede mną, ładna data (2 luty) to może i rok będzie lepszy, sesja w toku, mobilizacja 0,1% trzeba by nad nią podziałać. Przekonam się co z tego wyniknie.

~Martyna

Jak to jest, że jako mieszkanka, chociaż określenie wychowanka było by w tym przypadku bardziej trafne, gdyż obecnie zostałam w pewien sposób przesiedlona poza trójmiasto do zabitej wiochy dechami, w które nic nie ma i ciężko z niej gdziekolwiek dojechać, ale do tematu.

Jak to jest, że jako wychowanka miasta (które może nie jest najzdrowszym środowiskiem, ale na pewno wystarczająco zdrowym dla mnie), w dodatku ośmielę się ośmielić na przyzwoitym poziomie zarówno kulturalnym jak i tym tyczącym się inteligencji, przechodzę kryzys wieku średniego pod koniec dziewiętnastego roku mojego skromnego życia??!

Gdzie moja siła witalna, radość ducha i młodzieńcza naiwność, jaką powinnam się teraz cieszyć? Otóż została ona zjedzona przez tą cholerną wiochę i środowisko, w którym się znajduję. Ilość spraw, które wiszą nade mną niczym topór najbardziej okropnego kata, zwiększa się z minuty na minutę, a świadomość, że wokół są tylko nędzne pola a portfel świeci pustkami, wcale tu nie pomaga.


Od trzech dni, próbuję przejść na tak zwany ‘chill out’, zostając w domu i odpoczywając, ale niestety moja ignorancja i pozytywy jakie ze sobą niosła, ulotniła się już gdzieś dawno, zostawiając same nerwy i problemy.

Smutno mi się robi i szlag mnie trafia kiedy nawet nie mogę w spokoju posłuchać muzyki, z dużym kubkiem czerwonej herbaty w dłoniach i w ciemnym pokoju, bo od razu mój mózg przechodzi na tryb awaryjny, przypominając o tym wszystkim, co w danej chwili powinnam robić a czego nie robię. To zaś powoduje dopalenie w systemie hormonalnym i miły relaks zamienia się w czystą histerię, która w żaden sposób nie przekłada się na coś co można by nazwać konstruktywnym.

W tym przypadku, postanawiam wyciągnąć cięższą artylerię i sięgam po jedną z wielu książek, które od dawna kurzą się obok mojego łóżka czekając na przeczytanie, ale nawet ta mała przyjemność nie pozwala na relaks i coś co kiedyś pochłaniało mnie bez litości teraz nie daje rady przeciwko wojskom przeciwpiechotnym, które prowadzą ostry reżim w mojej głowie.

Zrezygnowana zapalam światło i sięgam po czystą kartkę, żeby zrobić listę rzeczy do zrobienia, nie ukrywając, że kartka szybko albo wyląduje w koszu albo zawieruszy się gdzieś pomiędzy rysunkami i kawałkami innych kompletnie zbędnych notatek.

Dopijam herbatę, gaszę światło i wyłączam winampa, schodzę na dół. Robię sobie herbatę ignorując wszystko inne, skupiając się tylko i wyłącznie na parze, która wylatuje z elektrycznego czajnika.

Podejmuję ostatnią szansę, aby uratować jakąś resztkę relaksu i włączam telewizor, gdzie na którymś z programów Katarzyna Figura mówi mi, że największym szczęściem mojego życia będzie urodzenie dziecka.

Wyłączam telewizor.

~Martyna

Jak wskazuje sam tytuł, wracam do korzeni, czyli otwieram bloga, który będzie pisany po polsku. Może to jakaś przekora, a może zwykła tęsknota, do pisania czegoś odrobinę bardziej ambitnego w ojczystym języku.

Żeby nie zardzewieć i nie zapomnieć, że język polski może być równie zabawny i trafiać do równie szerokiej publiczności jak język angielski pojawi się tu seria felietonów i spostrzeżeń na temat ogólnie przyjętej rzeczywistości, które opisane zostaną przez młodą przedstawicielkę płci żeńskiej, która ma trochę wypaczony punkt widzenia.

~Martyna